Skonfrontuj się z tym, czego się boisz

Ktoś kiedyś powiedział: „Strach to grzech pierworodny. Niemal wszystko zło na świecie ma swoje źródło w tym, że ktoś się czegoś boi”. Strach nas paraliżuje, sprawia, że zaczynamy się ukrywać. Tworzymy tajemnice, a te wypalają nas, niszczą, degradują, ciążą. Jest nam z nimi źle, ale nie potrafimy się odkryć. Jeśli jesteś DDA, z pewnością wiesz, o czym mówię… strach i tajemnice.

 

W utrzymywaniu tajemnicy kluczową rolę odgrywa STRACH. To on każe nam trwać w sytuacji chorej i nie do przyjęcia. Boimy się: reakcji, zmiany, niewiadomego. Boimy się wystąpienia i konfrontacji. Boimy się mówić i nie umiemy reagować.

Komunikacja może być sprawą trudną, konfrontacja i mówienie o sprawach ciężkich czy bolesnych z definicji są trudne. Nic dziwnego, że komunikowanie się w atmosferze tajemnicy bywa podwójnie obciążające.

Czego aż tak się boimy? Co takiego jest w otwartym postawieniu sprawy, co takiego jest w nas, że nie umiemy stanąć po swojej stronie, że takim problemem jest powiedzenie: „Nie zgadzam się”? Że zdobywamy się na to dopiero w chwili krytycznej, jak zwierzę, które zaczyna gryźć dopiero, gdy nie ma dokąd uciec?

Dlaczego ten drugi człowiek, ci inni ludzie, to jakieś otoczenie są dla mnie ważniejsi, niż ja sam? Czemu tak się boję tej drugiej osoby – partnera, przyjaciółki, rodzeństwa? Czemu tak wywyższam tego kogoś, często równie słabego, tkwiącego w swoim uwikłaniu? Czemu sądzę, że ma jakąś moc, której ja nie mam, czemu jest ważniejszy niż ja? Dlaczego ustawiam się w relacji „dziecko–rodzic”, skoro to relacja dwóch dorosłych, niezależnych osób?

 

Dziecko się boi, dorosły konfrontuje się ze strachem

Może dlatego wybieramy relację „dziecko–rodzic”, bo pozornie tak jest łatwiej. Bo wtedy nie my ponosimy odpowiedzialność za daną sytuację, możemy dalej być tym dzieckiem, za które ktoś zdecyduje. Znowu chcemy, żeby ktoś się nami zaopiekował; sęk w tym, że jeśli tkwimy w tej dziecięcej postawie, przeważnie po drugiej stronie natrafiamy na osoby zupełnie nieodpowiednie – żeby nie powiedzieć – nieodpowiedzialne. Powtarzamy sytuację z własnego dysfunkcyjnego domu: oczekujemy miłości czy wsparcia od człowieka, który nie umie tego dać nawet sobie. Nie umie, bo jest uzależniony czy współuzależniony, bo znalazł się w matni, bo sam wyszedł z dysfunkcyjnego domu i szuka w nas tego, czego nie dostał. Oddajemy mu władzę i zaczynamy się go bać tak samo, jak baliśmy się naszego rodzica. Podświadomie, rzecz jasna. Bo na poziomie świadomości myślimy: „zdenerwuje się, będzie zły, będzie mu przykro”. Albo boimy się czegoś już tak zupełnie niewyobrażalnego, że nie potrafimy tego nazwać. Ja mu powiem, że powinien się leczyć, a on… Lepiej nie, po co to zmieniać, nie jest źle.

 

Strach pozbawia sprawczości

To bardzo ciekawy moment. Tak bardzo nie chcemy/boimy się (nieznanego? ataku? odrzucenia?), że przyparci do muru w panice szukamy usprawiedliwienia dla swojego braku działania. „To nie chodzi o to, że się boję. Po prostu widzę, że jednak nie ma takiej potrzeby” – mówimy, choć kilka dni temu mieliśmy granitową pewność, że tak dalej być nie może.

A przecież, jeśli czuję opór przed sytuacją, jeśli mój system alarmowy ostrzega mnie przed czyimś działaniem, to czemu go nie posłucham, czemu się nie wycofam? Skoro nie zgadzam się na coś, a jednak zaciskam zęby i trwam, nieważne, przy stole czy w łóżku, to zdradzam siebie, sobie zadaję gwałt! Czy naprawdę muszę tkwić w czymś, czego nie chcę? Czy na tym właśnie polega życie, żeby nie reagować i nie protestować – ze strachu?

 

Małymi kroczkami ku odwadze

Pamiętajmy o tym, że konfrontacja to nie destrukcja, nie musi być atakiem czy kłótnią. Można spokojnie mówić o sobie i o swoich uczuciach. „Jest mi ciężko ponieważ, nie chcę żeby, nie lubię gdy, nie zgadzam się na”.

Warto poćwiczyć i próbować: mówić i stawać po swojej stronie, nie tylko w sytuacji ciążącej nam tajemnicy, ale tak zwyczajnie, na co dzień.

Nie bójmy się tak strasznie. Obok nas jest drugi, tak samo dorosły i tak samo niedojrzały człowiek. Nie robimy nic złego, tylko wyrażamy swoje zdanie. Mamy prawo czegoś nie chcieć lub chcieć inaczej. Mieliśmy je również jako dzieci, tylko wtedy nikt go nie respektował. Mówiliśmy – i spotkaliśmy się z wyśmianiem, złośliwościami, karą. Rzecz w tym, że nie jesteśmy już dziećmi, a jako dorośli mamy prawo, ba, obowiązek! zareagować, gdy coś nas uwiera. Bo im bardziej się wycofujemy, tym mniej mamy przestrzeni dla siebie. Im bardziej się poddajemy, tym mniej mamy do siebie szacunku. Zamykamy się, czujemy złość. Do siebie i do drugiego człowieka. Być może tak samo niepotrafiącego jak my.

Tymczasem sytuacja przeminie, związek się skończy, przyjaciółka wyprowadzi, a ja zostanę. Ze sobą, swoim strachem i świadomością, że nie zrobiłam, nie ochroniłam, nie zmieniłam. Wszędzie słyszymy: bądź swoim kochającym rodzicem, zadbaj o swoje wewnętrzne dziecko. A potem okazuje się, że owszem, jestem – swoim uzależnionym rodzicem, który traktuje to wewnętrzne dziecko tak, jak sam był traktowany: poniża, wyśmiewa, krytykuje, kiwa z politowaniem głową czy wreszcie macha ręką. Kocham siebie, czyli opiekuję się i wsłuchuję w potrzeby. Pochylam się nad sobą, jestem uważna na sygnały wysyłane przez ciało, stawiam siebie na pierwszym miejscu.

Jeśli nie nauczę się dawać sobie, dawanie innym stanie się torturą. Jeśli nie będę żyć w zgodzie ze sobą, życie z innymi będzie niemożliwe.

W tym schemacie możliwe są dwie opcje: boję się – nic nie robię – nic się nie zmienia albo boję się – konfrontuję – mam szansę na zmianę. I znowu: jeśli czegoś nie robimy, to znaczy, że nie możemy, i nie ma w tym nic złego. Warto tylko zadać sobie pytanie: co stoi za tym „nie mogę”? Strach? Ból? Nieumiejętność? Kto może mi pomóc? Co się stanie, jeśli tego nie zrobię? I wsłuchajmy się w odpowiedzi.

Gdy ja doszłam do punktu, w którym poczułam, że muszę podjąć stanowcze kroki, zrozumiałam z przerażającą jasnością, że nie zrobię nic, bo za bardzo się boję. Po prostu. A jakiś czas później pomyślałam: jeśli tego nie zrobię, będę miała jeszcze więcej tego samego. Zapadnę się w siebie, jak moja mama, pozwolę zniszczyć. Zniknę. I ta świadomość skutecznie zepsuła mi komfort nicnierobienia.

Mówi się, żeby raz dziennie zrobić coś, czego się boimy. „Boję się, ale i tak to robię”. Zacznijmy od prostego treningu w łatwych sprawach. A z czasem przejdźmy do tych trudniejszych i zajmijmy się sobą.

Bo jak nie my – to kto?

 

Warto przeczytać: Wstyd utrudnia wychodzenie z uzależnienia

 

Ewa (DDA, współuzależniona)

 

 

Scroll to Top