Co to jest detoks i dlaczego może szkodzić?

Detoks, czyli odtrucie organizmu z toksycznych związków pochodzących z alkoholu bądź narkotyków, to wśród uzależnionych dość popularna metoda łagodzenia skutków zespołu abstynencyjnego. Przy silnym zatruciu organizmu detoks może być konieczny dla ratowania życia, ale dla wielu staje się też furtką, by dalej pławić się w uzależnieniu.

 

Uzależnieniowi rekordziści mają na koncie kilkadziesiąt odbytych detoksów. Kiedy przesadzą z chlaniem lub ćpaniem, zamawiają sobie do domu usługę „prywatnej detoksykacji” i w ten sposób raz dwa stawiają się na nogi. Zwykle już na drugi dzień po takim odtruciu mogą jakby nigdy nic stawić się w pracy i w miarę normalnie funkcjonować.

Dostęp do szybkiej detoksykacji daje im poczucie panowania nad nałogiem. A skoro panują, to znaczy, że nie ma problemu, przecież wszystko jest pod kontrolą. Po co więc się leczyć? Po co im jakieś terapie? Nie widzą potrzeby zajęcia się swoim uzależnieniem na poważnie. I tak właśnie korzystanie z usług detoksykacyjnych może istotnie wydłużyć okres trwania przez uzależnionego w chorobie i paradoksalnie – mimo regularnego odtruwania – doprowadzić jego organizm do ruiny.

 

Na czym polega detoks?

Najprościej mówiąc, w detoksie chodzi o to, by szybko doprowadzić zatruty organizm do równowagi – pozbyć się z niego trucizny i dostarczyć mu składników wzmacniających, regenerujących.

Uzależnionemu zwykle podaje się kroplówkę z elektrolitami, solami mineralnymi, witaminami (głównie B1), a także jakiś środek psychotropowy (najczęściej relanium czy hydroksyzynę), po którym chory zaśnie. Dożylne podanie takiego miksu szybciej nawadnia organizm, pozwalając wypłukać się toksynom, a substancjom regenerującym umożliwia skuteczniejsze i również szybsze wchłonięcie się. Sen też przyspiesza regenerację, a poza tym nie trzeba „na jawie” męczyć się z zespołem abstynencyjnym.

Wspomniane psychotropy działają uspokajająco, przeciwlękowo i nasennie, dzięki czemu chory nie musi mierzyć się z wyjątkowo nieprzyjemnymi konsekwencjami swojego ćpania czy chlania. Odpływa na parę godzin, a w tym czasie jego organizm zabiera się do ogarniania burdelu, który zgotował mu jego „zarządca”.

 

Prywatne usługi detoksykacyjne

Tego kwiatu jest pół światu. Jak tylko kogoś stać, może mieć detoks na zawołanie. Stacjonarnie lub z dojazdem do domu. W tym pierwszym przypadku ktoś musi zgarnąć nasze „zwłoki” i dowieźć je do prywatnego ośrodka. W ośrodku takim pobyt trwa od doby do trzech dób. Nierzadko placówki takie oferują niemal hotelowe luksusy. Można więc dochodzić do siebie, zanurzając się w czystych, pachnących, miękkich pierzynach, będąc obsługiwanym przez miły i uśmiechnięty personel.

W tym drugim przypadku usługa dojeżdża do nas do domu. Zwykle świadczą ją lekarze, pielęgniarki bądź ratownicy medyczni, ale też istnieje spore prawdopodobieństwo, że trafi się nam ktoś zupełnie niewykwalifikowany medycznie. Pewnie w stanie, w jakim będziemy, dzwoniąc po usługę i tak tego kogoś nie sprawdzimy, bo wtedy liczyć się będzie dla nas tylko to, by ktoś nas ratował. W ramach usługi dostaniemy kroplówkę ze wspomnianymi specyfikami i kilka godzin czuwania nad nami tego, kto nam ją podaje.

Ceny usług detoksykacyjnych wahają się od 450 zł do 1000 zł. Choć oczywiście im bardziej luksusowe warunki chcemy mieć przy odzombianu się, tym więcej zapłacimy.

 

Detoks na NFZ

I tu z iluzji wkraczamy w rzeczywistość. Zasadniczo na taki bezpłatny, oferowany w ramach NFZ szpitalny detoks dostać się trudno. Dostają się na niego najczęściej osoby w stanie zagrażającym ich życiu.

Tu nie ma koncertu życzeń, jak w usługach prywatnych. Jeśli zgłosisz się do szpitala napruty – niewyzerowany (np. alkomat wykaże coś ponad 0 czy w niektórych placówkach dopuszczalne 0,2 promila alkoholu w wydychanym powietrzu), to wypadasz. Możesz iść dalej chlać lub wstrzymać się od spożycia i spróbować szczęścia ponownie, gdy się wyzerujesz. Ale nawet wtedy gwarancji, że zostaniesz przyjęty nie ma.

Cóż, prawda jest taka, że publiczne ośrodki detoksykacyjne najczęściej są przepełnione i pierwszeństwo mają uzależnieni w stanie „agonalnym”. Jednak w przeciwieństwie do detoksu prywatnego, dla uzależnionego ten w publicznej placówce zdrowia może okazać się cennym doświadczeniem.

 

Mariusz: Gdy pierwszy raz trafiłem na detoks do szpitala, pierwsze, co we mnie uderzyło to potworny smród. Smród szczyn, gówna, rzygów i brudnych, rozkładających się ciał. Ludzie ściągnięci z ulicy, bezdomni, z ropiejącymi ranami. W salach nie było miejsc, więc łóżka porozstawiano na korytarzach. Wszędzie jęczący, drgający lub drepczący jak w malignie osobnicy. Niektórych poprzywiązywano do łóżek bandażami. Ledwo wszedłem, już chciałem się stamtąd ewakuować. Nakłamałem podczas przyjęcia, że mam myśli samobójcze, więc musieli mnie przyjąć, ale teraz żałowałem

Myślałem, że podadzą mi kroplówkę, łóżko w jasnej sali, fachową opiekę, a dostałem tylko relanium i odrapane wyro w ciemnym kącie w korytarzu.

„Co za piekło” – wzdrygałem się. – „Co za patologia” – marudziłem. Byłem oburzony warunkami, jakie zapewniał szpital i w głowie już układałem sobie skargi do dyrekcji albo jak kontaktuję się z mediami, a te robią im z dupy jesień średniowiecza. „Jak można tak ludzi traktować?!” – złorzeczyłem.

Oczywiście w tych okolicznościach człowiekiem byłem tam ja, nie ci inni śmierdziele wokół mnie. Wiedziałem, że nie ma opcji, żebym wysiedział w tych warunkach 10 dni, bo tyle ponoć dają standardowo. Po trzech dniach zwiałem stamtąd, aż się za mną kurzyło. Kumpel już czekał na mnie w samochodzie pod szpitalem. Zanim przekroczyliśmy szlaban tego piekielnego przybytku, z ulgą pociągałem z gwinta. Przecież nie dało się tego przeżyć na trzeźwo”.

Trzy lata później na ten sam detoks przywiozła mnie karetka. Założono mi pampersa, bo szczałem pod siebie. Przywiązano mnie do łóżka, bo trząsłem się jak w febrze i było zagrożenie, że z tego łóżka spadnę i rozwalę sobie łeb, a nie było opcji, by przy tak ograniczonym personelu i takim obłożeniu pacjentów ktoś stał przy mnie i mnie pilnował. Wszystko mnie bolało, miałem omamy, bałem się. Tym razem nie zwracałem już uwagi na „okoliczności przyrody”, miałem to gdzieś. Chciałem tylko, żeby ten koszmar się skończył. Przemknęło mi przez myśl, że być może gdzieś obok na jakimś łóżku siedzi taki gość jak ja sprzed lat i patrzy na mnie z pogardą, i czuje się lepszy ode mnie o człowieczeństwo. I chyba nawet wybełkotałem coś wtedy, do tego urojonego jegomościa: „Do zobaczenia za trzy lata, frajerze”.

 

Jarek: Kiedy piłem, nie korzystałem z publicznej opieki zdrowotnej, więc nie było mi dane doświadczyć detoksu w ramach NFZ. Ale potem, gdy przystąpiłem do AA, w ramach jednej ze służb, zacząłem jeździć na takie detoksy z niesieniem posłania. Te wizyty w szpitalach w założeniu mają służyć alkoholikom, którzy dopiero szukają ścieżki wyjścia z uzależnienia, ale tak naprawdę służą też takim jak ja, którzy już jakiś czas temu przestali pić. Każda wizyta na szpitalnym detoksie uświadamia mi bowiem, gdzie mogę się znaleźć i jak nisko upaść, jeśli tylko zapomnę, kim jestem, jeśli znowu pozwolę przejąć kontrolę nad swoim życiem mojej chorej głowie. Nic tak mocno jak wizyta na detoksie nie pokazuje mi, do czego potrafi doprowadzić nieleczone uzależnienie. Za każdym razem, gdy opuszczam to miejsce, dziękuję Sile Wyższej za trzeźwość.

 

Detoks to nie metoda na wyjście z uzależnienia

Detoks może pomóc uzależnionemu przerwać ciąg. Oczyszczony i zregenerowany organizm już tak obsesyjnie nie pożąda substancji odurzającej, którą się go nasączało dniami czy tygodniami. Można dzięki temu na chwilę zatrzymać się w tym obłędzie i wykorzystać ten moment, by podjąć właściwe leczenie (terapia, mityngi, program 12 kroków). Niestety wielu uzależnionych ten moment ulgi od obsesji wykorzystuje na udowadnianie sobie, że nie mają problemu lub że z problemem poradzą sobie sami. Kiedy po detoksie poczują się lepiej, ich chore głowy szybko włączają program iluzji i zaprzeczeń. Po pewnym czasie chorzy znów wracają do nałogowych zachowań.

 

Michał: Wielokrotnie korzystałem z usług prywatnego odtruwania, kilka też razy zaszywałem się i dziwiłem się, że nic nie działa. Byłem pewien, że jestem wyjątkowy. Tak wyjątkowy w swojej chorobie, że po prostu nic i nikt nie jest w stanie mi pomóc.

Oczywiście na żadne terapie nie chciałem się zgodzić, bo to za dużo zachodu. U mnie wszystko przecież musiało być szybko i bez trudu. Łyknę coś sobie, zaaplikuję i ma być natychmiastowy efekt, a jak go nie ma, to to już nie moja broszka. Widocznie jestem skazany na picie.

Długo mi zajęło dojście do tego, że uzależnienie to nie problem mojej dupy, gdzie aplikowałem sobie wszywki, lecz głowy. Leczenie uzależnienia nie odbywa się też dożylnie. Dożylnie łba nie naprawisz. Dziś dość sceptycznie podchodzę do tych, którzy zalecają innym detoksy czy zaszywanie się, bo według mnie to tylko sprawia, że chory może się dłużej oszukiwać. A tu trzeba sobie wyraźnie powiedzieć – w leczeniu uzależnienia nie ma szybkich i łatwych rozwiązań. Są rozwiązania, owszem, ale te skuteczne wymagają pracy. I tej pracy nikt nie wykona za ciebie.

Warto przeczytać: Dlaczego zaszywanie się nie jest skuteczne

 

Krzysiek: Jako detoksowy maratończyk (11 lat picia i ponad 20 detoksów) mogę tylko powiedzieć, że wszystko, co dobre kiedyś się kończy. Tak jak kiedyś potrafiłem pić i się przy tym dobrze bawić, a potem już tylko piłem, by nie czuć się chujowo, tak samo z detoksami – na początku to było skuteczne i w 24 godziny pozwalało mi się spionizować, ale po jakimś czasie nawet trzy doby odtruwania nie dawały pożądanego efektu. Ani nie malała chęć picia, ani mój organizm nie był w stanie się zregenerować.

Cóż, organizm ma swoje limity. I jak go już tak zatrujesz i tak wymęczysz, że nie pozostawiasz mu pola do działania, to mówi pass. I tak właśnie było u mnie. Detoksy przestały pomagać. Organizm postawił sprawę jasno: „Albo przestajesz chlać, albo się żegnamy”. Straciłem możliwość wyboru. Nie mogłem już opierać się na półśrodkach. Jeśli chciałem żyć, musiałem się wziąć do roboty. I wziąłem. Od czterech lat nie tylko nie piję, ale też jestem trzeźwy.

 

Krystyna: W kwestii detoksu trzeba też powiedzieć jeszcze jedno – nie każdy detoks można sobie błogo przespać. Być może tak jest w wielu przypadkach oczyszczania z alkoholu, ale przy narkotykach czy lekach już nie ma tak różowo. Sama przechodziłam kilka detoksów narkotykowych i polegało to na tym, że po prostu zamykali mnie w szpitalu i pilnowali, bym sobie czegoś nie zrobiła. To tzw. detoks na sucho – czyli nie dostajesz nic na złagodzenie objawów zespołu abstynencyjnego, musisz go przejść „na żywca”. Chodzisz więc po ścianach, zwijasz się z bólu, pocisz się, trzęsiesz, wariujesz i wyjesz, a wszystko w towarzystwie podobnie do ciebie wyjących i cierpiących ludzi. Tak samo jak wychodzisz z leków. Nikt ci nie da tabletki relanium czy xanaksu, kiedy właśnie z tego masz się odtruć. 

Musisz na sucho zmierzyć się ze swoimi demonami i to jest dopiero koszmar. Nieraz słyszałam o ludziach, którzy tak się na detoksach alkoholowych rozsmakowali w benzodiazepinach i temu podobnych lekach, że potem musieli detoksykować się właśnie z nich.

 

Strefa U

Scroll to Top