Polska – naród współuzależnionych i DDA

Coraz częściej spotykam się z poglądem, że jako społeczeństwo, my – Polacy – żyjemy z syndromem dzieci z rodzin alkoholowych. Z pokolenia na pokolenie wynosimy z naszych pijanych domów mechanizmy obronne, kompleksy, blokady i traumy, które istotnie wpływają na nasze życie.

 

Wszyscy jesteśmy DDA” – twierdzi filozof, uzależniony i DDA Piotr Stankiewicz. Na swoim blogu w artykule pod takim właśnie tytułem rozwija ten temat pisząc:

„Życie w Polsce potrafi być bardzo alkohologenne, nie tylko przez swoje absurdy, które skłaniają do tego, by wypić (…) na co dzień spotkamy w Polsce kompletną nieumiejętność rozmowy o emocjach i realnych problemach. (…) My, Polki i Polacy, wszyscy jesteśmy Dorosłymi Dziećmi Alkoholików. (…) Alkoholowy sposób bycia jest koszmarnie zaraźliwy. Generuje ogromne koszty emocjonalne, ale natychmiast zaprzecza ich istnieniu i sprawnie eksportuje je poza pijącego. (…) Dorastanie w rodzinie, w której jest alkohol (a w Polsce jest prawie w każdej) wdrukowuje dziecku boleśnie szkodliwe wzorce zachowania, schematy, z którymi się później zmagamy przez dziesięciolecia. Samo picie alkoholu nie jest dziedziczone aż tak wiernie, częsty jest przecież wzorzec: mój tata pił, więc ja nie będę tykał alkoholu. I to potrafi działać. Dlatego nie wszyscy jesteśmy, oczywiście, alkoholikami. Ale osobami współuzależnionymi – już tak. Spustoszeń emocjonalnych nie odwoła się bowiem, wykreślając alkohol z diety. Fatalne sposoby obchodzenia się z samym sobą, z ludźmi i emocjami, raz przez alkohol wszczepione w społeczeństwo, są bardzo trudne do wyplenienia”.

Stankiewicz dopatruje się syndromu DDA w Polakach, wskazując na następujące objawy:

– skłonność do zaprzeczania własnym emocjom, ukrywania ich, nieumiejętność opowiedzenia o nich innym, a zwłaszcza sobie;

– głęboka nieasertywność, staczająca się w konformizm i bierność;

– wyuczone (szczególnie u kobiet) podporządkowanie własnych potrzeb potrzebom innych i potrzebom społeczeństwa;

– ustawiczne poczucie, że się nie spełnia warunków, że się jest „nie dość dobrym” – w ogóle, ale i dla kogoś konkretnego;

– poczucie, że się nie zasługuje na miłość, przyjaźń i akceptację po prostu dlatego, że się jest (stąd biorą się trudności w nawiązaniu zdrowej relacji z drugim człowiekiem);

– samoupupianie, rzucanie sobie samemu kłód pod nogi i branie na barki więcej niż umiemy unieść (krzywdzimy sami siebie albo szukamy kogoś, kto nas skrzywdzi).

Dodatkowo autor tekstu wskazuje też na nasze typowo alkoholowe podejście do pracy, do projektów, do wartości, relacji – działamy zrywami, w ciągłej sinusoidzie – albo zaliczamy wielki dół, albo szczyt. Długie fazy marazmu i opierdalania się próbujemy nadrabiać, zatracając się potem w pracy i starając się odzyskać stracony czas i szanse.

„Najlepsze, co potrafimy, to nadrabiać. Dlatego przepracowujemy się, przepalamy w ekstatycznych ciągach efektywności i działania, a potem osuwamy się w bezsensowne, ale dobrze znane limbo” – pisze Stankiewicz. – „Doprowadzamy się do stanu obezwładniającego, graniczącego z chorobą zmęczenia i stresu, w którym człowiek już tylko zalega i patrzy w sufit. I potem od początku, składamy życie do kupy, wskakujemy na najwyższe obroty, by znowu z nich spaść”.

Oto kwintesencja naszej narodowej uzależnionej osobowości. Chwile harmonii i równowagi wywołują w nas napięcie, nie potrafimy ich znieść i aż nas nosi, by coś rozpierdolić. Chcemy, by coś się działo, wielka radość lub wielka rozpacz, ale broń Boże nic pomiędzy. Czarne lub białe, byle nie szare, bo szarość nas przeraża, bo grozi przeciętnością, której się tak boimy, choć przez to nad przeciętność w tym oceanie „ekstremizmów” trudno nam kiedykolwiek wyskoczyć.

Stankiewicz uważa, że „więcej jest współuzależnionych wśród nas, niż to się śniło rzetelnym socjologom. Wszyscy jesteśmy DDA – nawet jeśli dla kogoś nie jest to prawda w ścisłym sensie diagnostyczno-rodzinnym, to dla wszystkich z nas jest prawdą w znaczeniu emocjonalnym”.

 

Pijany naród

Z kolei inny Piotr, tym razem psychoterapeuta, a prywatnie partner Manueli Gretkowskiej, Piotr Pietucha, w jednym ze swoich ostatnich tekstów na Facebooku („Scheda”) dochodzi do wniosku, że obecna Polska przypomina mu jego dom rodzinny, dom alkoholowy, dom patologiczny. Jako dziecko alkoholika wspomina dzieciństwo jako okres „naznaczony przemocą, przesiąknięty wstydem, poczuciem lęku, upokorzenia, bezradności. Zatruty krzywdą, osłabiony brakiem stabilizacji i bezpieczeństwa, skłamany wymuszoną obłudą rodzinnej lojalności”.

Pisze o emocjonalnej miotaninie, chaosie, niepewności, o awanturach, złudnych nadziejach, fałszywych obietnicach, kłamstwach, przyrzeczeniach, przemocy, braku empatii, niekonsekwencji, utracjuszostwie, degrengoladzie nieliczenia się z nikim i z niczym.

„Cała moja młodość to horror” – wyznaje. „Dom nabuzowany napięciem, chorą energią i ja pełen lęku, dławiącego gniewu, rzygowin wstrętu i obrzydzenia podchodzącego mi do gardła. Czas wściekłej bezradności i ustawicznej udręki”.

I choć wydawałoby się, że ten koszmar ma już za sobą, bo jego rodzice dawno umarli, bo on stworzył własną rodzinę, ułożył sobie życie na własnych zasadach, to jednak przyglądając się współczesnej Polsce, twierdzi, że przeszłość boleśnie do niego wraca, otwierając zabliźnione rany.

„Patologiczna władza ojca, jego cynizm i brak zasad, zakłamana i współuzależniona matka niczym kościół – oboje w wyrachowanej symbiozie domagającej się szacunku od dzieci i otoczenia. Oboje udający troskliwych opiekunów i ja – obywatel zakładnik – ofiara ich bezrozumnej destrukcji, ślepego egotyzmu i głupoty” – obrazowo kreśli sytuację w naszym kraju zarządzanym przez chore osobowości.

A my – obywatele, jak te Dorosłe Dzieci Alkoholików, jak ci współuzależnieni partnerzy, tkwimy za progiem tego patologicznego domu związani chorą lojalnością, niepewni siebie, w głębi wkurwieni, na zewnątrz depresyjni, znękani, pozbawieni sprawczości, robiący dobre miny do złej gry. Gros naszej energii poświęcając na ochronę tego toksycznego układu, wciąż wierząc naiwnie, że druga strona się opamięta, że przestanie krzywdzić, że odzyska rozsądek. Czekamy pełni bulgoczącej pod skórą frustracji na cud, który nigdy nie nastąpi.

 

Masowa terapia

Polskiemu społeczeństwu przydałaby się powszechna terapia. Taka, która pozwoliłaby nam rzetelnie wejrzeć w przeszłość, uznać krzywdy, wyleczyć urazy, zamknąć za tą przeszłością drzwi i nauczyć się żyć od nowa.

Może wówczas stalibyśmy się mniej spięci, mniej poważni, mniej smutni, mniej ekstremalni. Może wówczas zaczęlibyśmy potrafić żyć w wolności i cieszyć się nią, a nie nieustannie skręcać w stronę przemocowego, reżimowego domu – który kojarzy nam się z bliskością, choć w rzeczywistości ryje nam w duszy czarną dziurę, tworząc w niej bezmierną pustkę. Może wówczas mielibyśmy szansę tworzyć udane, zdrowe relacje i nie mylić miłości z chorym przywiązaniem. Może przestalibyśmy być tak bardzo nieufni wobec każdego, kto staje przed progiem naszego domu i kto może odkryć nasze rodzinne tajemnice. Pozbylibyśmy się tajemnic, one by już nas nie wiązały. Może nauczylibyśmy się rozpoznawać przemoc i stawiać jej granice, a nie specjalizować się w rolach bohaterów/bohaterek czy cierpiętników/cierpiętnic, skoncentrowanych na zadaniu pt. „kto wytrzyma więcej i dłużej”. Może w końcu zadbalibyśmy o siebie, uznali swoje prawo do istnienia, przestalibyśmy straceńczo szukać na zewnątrz potwierdzenia naszej wartości. Może moglibyśmy zrzucić maski i pozwolić sobie na autentyczność. Może odnaleźlibyśmy drogę do radości i beztroski. Może…

Leczmy się.

Duża Mi

 

PS

Jeśli uważasz to, co robimy, za pożyteczne, rozważ wsparcie naszej działalności drobną wpłatą:
https://buycoffee.to/strefau

 

Total
0
Share